niedziela, 1 stycznia 2006

Obmyślam świat… wydanie kolejne, niepoliczone.

I tak sobie żyjemy, każde z nas, na własnych planetkach zwanych ładnie ‘Ułuda’. Tkwimy przekonani o swojej wyjątkowości, misji, roli. Zapatrzeni w siebie, zatopieni w dalekosiężne plany. Odcięci od rzeczywistości. Zaplątani w konteksty, zamotani w różne wersje. Zamyśleni, zaczytani. Marzymy o nieosiągalnym. 
Kiedyś, trzaśniemy o Ziemię, rozbijemy głowy o twardą skałę i zdziwimy się, że tak mocno boli.
/zeskoczyłam, w ostatniej chwili, tuż przed katastrofą. Uczę się żyć wśród ludzi. Uczę się działać nie mówiąc o tym, robić, nie okazując tego, że wiem, że to bez sensu, a jednak wierzę, że coś w tym jest i warto, bo gdyby nie było – nie istniałabym przecież ciągle, na próżno i po nic. Straciłam złudzenia, nie zbawiam już świata, ale wbrew wszystkiemu, w miarę swoich możliwości staram się, by nie stawał się gorszym, niż jest/
.
Kolejny raz będąc po drugiej stronie kabla próbuję spłacić część długu wobec Kamila, odkupić błąd, pomóc. Jestem tylko obecnością obcego człowieka.
To mało.
A może na tyle dużo, by przekonać, że warto podjąć wyzwania, którymi raczy nas życie.
Mam nadzieję, że się uda.
.
…a poza tym czeka na mnie masakra tygodnia nadchodzącego, milion szkolnych, olimpijskich i studniówkowych spraw, starcia z telewizorem, batalia w kwestii nie kupowania bursianego wyżywienia z grubą panią z okienka, a także złe samopoczucie wywołane nadmiarem półmroku, wszechobecną śnieżno-błotną pluchą i macicą tańczącą flamenco.

sobota, 31 grudnia 2005

Nocą,

światło latarni odbijało się od ogromnej ilości świeżego śniegu, wpadało przez okno i tworzyło żółtawą poświatę. Opowiadałam mu o swoich powtarzających się snach, o strachu przed ciemnością, o strachu przed duchami, 
bo duchy bywają złe.

Bawił się moimi włosami, mocno tulił.
W pokoju było chłodno, a pod naszą kołdrą panoszyło się przyjemne ciepło, uspokajało, tworzyło wyspę zasłoniętą ochronnym płaszczem, do której nie miały dostępu żadne koszmary.

Wierząc w jego kojące słowa,
zasnęłam.

sobota, 24 grudnia 2005

‘…zamyślona gwiazda kapelusz zakłada, niesie nad Betlejem ciepło, światło, cień...’

Sądziłam, że będzie gorzej. Tata pił wcześniej, jak zwykle ostatnio. Jak co dzień. Ale obyło się bez nieprzyjemności. Bez kłótni, bez awantur. Spokojnie. Popołudnie w kuchni, lepienie z babunią pierogów, mama przygotowująca ryby, a później cynamon, dużo cynamonu.

‘…A nadzieja znów wstąpi w nas, nieobecnych pojawią się cienie, uwierzymy kolejny raz, w jeszcze jedno Boże Narodzenie…’

Migoczące światełka na choince, opłatek i wzruszenie, że znów możemy usiąść wszyscy razem, że jesteśmy, chociaż tak różnie bywało przez ten mijający rok, chociaż czasami zaczynało brakować sił.

‘…I choć przygasł świąteczny gwar, bo zabrakło znów czyjegoś głosu, przyjdź tu do nas i z nami trwaj, wbrew tak zwanej ironii losu…’

Nie chciałam patrzeć za okno, na ubłocony śnieg, wolałam zostać ze wzrokiem wbitym w szalejącą niebezpiecznie blisko bombek Ewę, uśmiechniętą babcię, tatę zawzięcie dyskutującego z wujkiem, krzątającą się mamę, zachwyconego prezentami Jasia, sprzeczające się Anetę i Karolinę. Robiłam zdjęcia, stukałam w parkiet szpilkowymi obcasami nowych butów, cieszyłam się z szarego swetra z wielkimi guzikami…

‘...Daj nam wiarę, że to ma sens, że nie trzeba żałować przyjaciół, że gdziekolwiek są - dobrze im jest, bo są z nami, choć w innej postaci…’

Teraz jak zawsze o tej porze wycieram z policzków łzy, które zaplątały się wśród myśli o Kamilu i ‘Kolędy dla nieobecnych’.
Obiecałam sobie, że pójdę jutro na cmentarz porozmawiać z nim. Dawno tego nie robiłam. Nie, nie zapomniałam. Tylko wmówiłam sobie, że w biegu nie mam na to czasu. Że w biegu nawet go nie usłyszę. Że jestem bardzo zajęta.

‘…I przekonaj, że tak ma być, że "po głosach tych wciąż drży powietrze", że odeszli po to, by żyć, i tym razem będą żyć wiecznie…’
.
Ciepło, ciemność, sen…
Tęsknię za tobą.
Przyjdź.
Dziś.
…proszę.

piątek, 23 grudnia 2005

‘Poranki nie cieszą mnie, rozczarowują noce’…

Słucham ‘Z rejestru strasznych snów’. 
Po raz pierwszy od kilku lat nie wysłałam do nikogo świątecznej kartki. Odganiam demony przeszłości, które pchają się nachalnie między znajomymi dźwiękami, próbuję wygonić je przez nieszczelne okna. Niech zamarzną. Na wieki.
Jak ja kiedyś.
.
Obserwowałam roześmianą Ewunię, wieszała niebieską bombkę na jednej z najniższych gałęzi, to nic, że bombka zrobiła bam i się ‘pokukła’.
…
Nie reaguję na petardy za oknem.
Nie odpisuję dziś na smsy.
Nie czekam na cud. 

W domu.

Jak zawsze. Sprzątanie, zabieganie, pakowanie prezentów, robienie stroików.
Babunia krzyczy, podobno nie jem. Gadanie! Ani słowa o tym, że ostatnio trochę się odzwyczaiłam od jedzenia. Nienaturalnie szybko zadowalam się jedną kanapką albo talerzem babcinej dietetycznej zupki.
/Studniówka się zbliża, linię trzymać trzeba – tak to sobie i wszystkim tłumaczę.
.
Szczury napędziły nam strachu. Już myślałam, że się przeziębiły podczas podróży. Na szczęście nie, odpukać, one tylko sobie żartowały, a ja zwyczajnie jestem przewrażliwiona od czasu odejścia Iskry. Paskudy, chciały mnie sprawdzić. Ale oczywiście nic im nie jest. Dziś po wypuszczeniu z klatki szybciutko zaprezentowały stare przyzwyczajenia – Milva zabunkrowała się w poduszkowej poszewce na łóżku, Nitka w mgnieniu oka wywaliła stertę ziemi z doniczki niewinnego fikusa, Falka ze stoickim spokojem przyjmowała pieszczoty serwowane jej przez Ewunię, a Triss standardowo nie miała najmniejszego zamiaru wyjść zza szafy.
Ja tymczasem działam na francuskim forum o szczurach, co wszystkim nam wyjdzie na zdrowie, a najlepiej przysłuży się mojej majowej maturze. Mam nadzieję.
.
Jestem śpiąca, ale nie chce mi się wstać, żeby się położyć. Jest mi zimno, ale nie chce mi się odkryć, żeby się przykryć. Śpiąco mi, ale boję się zasnąć.
Kto zgasi światło?

/nie bój się, k., to, że jest zwyczajnie dobrze wcale nie znaczy, że coś się posypie w najmniej oczekiwanej chwili, nie nie – nie będzie wcale źle. Nie ma prawa być!/

wtorek, 20 grudnia 2005

…parmi les flocons de neige.

Zasypało Łódź. Czysto tak. Śnieżnie.
Nieświątecznie.
Zbankrutowałam się na prezenty. W portfelu bezpiecznie ukryty bilet do domu na jutro i nieważne rachunki ze sklepów. Drobiazgi dla wszystkich czekają w reklamówce koło biurka.
Z parapetu uśmiecha się zmęczony przeprosinowy tulipan z przyschniętymi płatkami. W tymczasowej klatce tuli się do siebie kłębek składający się z czterech szczurzych dam. Na szafce spiętrzony stos książek. Zakatarzony nos, przykryte niebieskim polarem drżące ramiona. Lekki stan podgorączkowy. Gwałtowna niechęć do genetyki i analizy ostatniej sceny ‘Przedwiośnia’.
.
Robię postępy. Co wieczór nie mogąc zasnąć mamroczę w myślach słowa w formie niezmienionej od lat. Od czasów, kiedy każdego dnia klękałam obok babci, opierając łokcie na krawędzi łóżka, wpatrzona w oprawiony w stare nadgryzione zębem czasu ramy z ciemnego drewna obraz Jezusa w cierniowej koronie. Uspokaja mnie. Wreszcie zwalniam. Nie biegnę przez chwilę, zatrzymuję się obok małej klęczącej dziewczynki. Czuję jej tęsknotę za mamą, czuję żal, czuję obojętność wobec ładnych ubranek, BoboFrutów, pomarańczy i oryginalnych lalek Barbie, których zazdrościły dzieciaki z całej okolicy. Czuję rodzący się bunt. Czuję zapowiedź długiego odejścia.
/Nie spodziewałam się, że wrócę, że będę chciała wrócić kiedykolwiek/
Ale jest tam siła i mocna wiara babci. Jest jej pewność w sens. W niezbadaną obecność. ...tej samej babci, która dziś jest tak delikatna i krucha, której bez powodu pękają żyły, która mimo faktu, że dobrze zna ból, pozostaje wierna i przekonana o jedynej prawdzie.
A ja - ciągle zagubiona między płatkami śniegu.

niedziela, 18 grudnia 2005

Co się z tobą stanie, gdy ci ufać przestanę…?

Czy można w jeden dzień zburzyć to, co z takim szaleństwem w oczach budowaliśmy przez ponad półtora roku?

Czy można w ciągu jednej kłótni zranić się tak mocno, by nigdy nie dało się zapomnieć tych słów?

Zmienić wszystko?

- Można.
.
.
.
Nie wiem, czy uda nam się to naprawić. Będziesz musiał się postarać.
Bardzo.