piątek, 9 marca 2012

Nocą

wymykam się spod ciepłej kołdry. Na palcach wędruję w kierunku kanapy, zawijam w koc i odpalam papierosa (wciąż każdy kolejny jest tym ostatnim). Głaszczę klawiaturę.

Mam w głowie milion myśli i problem z ubraniem ich w słowa.
Wyszłam z wprawy.

Plącze mi się w mózgu coś o tym, jak wiele się zmieniło od chwili, w której opuszczałam rodzinne strony myśląc, że to już na zawsze. Z podejściem, że jeśli kiedykolwiek w życiu będę tam musiała wrócić, to będzie przegrana. Porażka. Totalna kompromitacja. Zwał jak zwał.
.
.
.
Mama dochodzi do siebie, pobyt w szpitalu zaliczył niedawno tata. Z babcią raz lepiej raz gorzej.

Kiedyś sądziłam, że życie to wieczna sinusoida, wierzyłam, że po każdej burzy wychodzi słońce i inne tego typu kwieciste metafory. Później dotarło do mnie, że może to się sprawdza w przypadku innych, ale moje konkretnie życie to raczej niekończąca się podróż do wnętrza ziemi. Po okresie buntu nastała faza pogodzenia się z losem i w końcu przestałam z tym walczyć.
Jest źle? Pewnie będzie jeszcze gorzej.

W tej życiowej filozofii wegetowałam przez te wszystkie trudne miesiące, darując sobie głupie pytania w stylu 'co jeszcze?', bo przecież spodziewałam się, że spokojnie, bez niezdrowej ekscytacji - los zdąży mi znów przypieprzyć.
.
Ostatnie wydarzenia popchnęły mnie do podjęcia ważnych decyzji.
Przegrana, porażka, totalna kompromitacja.
A może wreszcie zmiana na lepsze.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Mama w szpitalu.

Nie chce mi się nawet złościć na Ninę, za to że kolejny raz pokazała prawdziwą twarz i swoje sztandarowe wyjebanie. O wszystkim dowiaduję się od Aty -  aktualnie spędzającej życie w Kielcach, kilkadziesiąt kilometrów od domu.

'Bądź pełen nadziei, ale spodziewaj się wszystkiego najgorszego.'
( J.C.Oates )

nadzieja.
bezsensowne słowo.
ale
co innego mi pozostaje?



...

niedziela, 8 stycznia 2012

...

Rozkładam się na kanapie z laptopem na kolanach, przy nogach pies, u boku kot pierwszy i kot drugi, drugi chce być smyrany za uchem a pierwszy chce upolować drugiego podczas gdy pies jak zwykle ma kocie wojenki w potocznie przywoływanej w takich sytuacjach dupie. A ja mam chaos w głowie i gonitwę myśli. I chciałabym się wypisać, wypluć z siebie słowami, wyrzygać nagromadzone tygodniami emocje.

Powinnam była zrobić to wcześniej, zanim wczoraj puściły mi nerwy i wyszłam, z trudem zdejmując ze spuchniętego palca obrączkę, w znoszonym czarnym płaszczu prosto w wilgotną, lepką osiedlową noc.

Świat nie huknie fanfarami, kiedy napiszę, że moje życie dalekie jest od tego, co wyobrażałam sobie wielokrotnie będąc pełną marzeń małą dziewczynką. Wydawało mi się też, że etap rozdrapywania tematu dlaczego układa - czy nie układa się - tak a nie inaczej mam już za sobą, jestem pełnym pokory stworzeniem, starającym się przyjąć na klatę kolejne atrakcje hojnie zsyłane mi przez los.
Tymczasem rośnie we mnie bunt i kompletnie bezsensowny brak zgody na takie traktowanie i zawsze niekorzystny obrót spraw, więc przestaję hamować potok słów, którymi zalewam mojego męża i żądam jasnych i czytelnych deklaracji. Nie satysfakcjonuje mnie uniwersalna i łatwa odpowiedź, chowanie się za bezpiecznym 'nie wiem', które znaczy dokładnie tyle, co nic.

Kłócimy się o nasze hipotetyczne dziecko.
Kto by pomyślał, że można mieć tyle problemów z kimś, kto w ogóle nie istnieje, zwłaszcza, gdy awantura dotyczy kwestii podstawowych, decydujących i zasadniczych, teraz albo nigdy.
Dochodzę do wniosku, że mój mózg jest chyba zbyt prymitywny, żeby pojąć tok mężowskiego rozumowania.
To ja tak czy inaczej stoję na z góry przegranej pozycji, zresztą, czy ważne jest, kto ryzykuje więcej? W licytacji strachów i obaw, te jego są całkiem słuszne, a moje - bardziej prawdopodobne, bo spędzone na tym świecie ćwierćwiecze nauczyło mnie, że jeśli coś może się zjebać, to zjebie się bardziej, niż jestem w stanie sobie wyobrazić. Nie wymyśliłam sobie przecież tego 'teraz albo nigdy', z sufitu mi się nie wzięło, dlatego trafia mnie szlag, gdy on robi minę osoby kompletnie zaskoczonej, zdziwionej argumentami, o których wcześniej rzekomo nie miał pojęcia. Całkiem jakby nie wiedział niemal od pierwszych naszych wspólnych dni, że taki scenariusz jest wysoce prawdopodobny, tak jakby to wszystko nie zaczęło się któregoś dnia spełniać i dziać i przeklęte 'teraz albo nigdy' stawia nas pod ścianą, jest cholernie mało komfortowe.

Ale to co poważnie doprowadza mnie do szału, to kwestia, że mnie nikt o nic nie pytał. Nie pytał, czy wyrażam zgodę, czy jestem gotowa i czy sobie w takim przypadku poradzę - ze wszystkim, ze sobą samą. Czuję się wpuszczona w kanał, ale nie dlatego, że mi się przytrafiła taka historia, ja sobie jakoś muszę dać radę, nie mam wyboru.

Tylko myślałam, że jest mężczyzną mojego życia, że zawsze będę mogła liczyć na jego zrozumienie i wsparcie.
Że nigdy nie będę musiała wychodzić ze smutkiem w oczach prosto w wilgotną, lepką osiedlową noc.

czwartek, 15 grudnia 2011

...

Gdyby mi kiedyś dawno temu ktoś starszy i mądrzejszy powiedział, jakie będą skutki siedmiu lat faszerowania się hormonami, bez chwili wahania z miejsca zrobiłabym sobie dziecko i byłabym dziś szczęśliwą matką.

A tak, to teraz mogę sobie co miesiąc chlipać dyskretnie w poduszkę, pluć w brodę i przeklinać lekarzy za te wszystkie piękne kłamstwa.

wtorek, 25 października 2011

'Przecież znasz wszystkie moje chwyty...

...życie moje'

Boję się o tym mówić, nie chcę, żeby znów skończyło się jak zawsze, jak dawniej, kiedy każde okupione wysiłkiem wyjście z doła kończyło się kolejnym widowiskowym upadkiem.

Boję się o tym pisać, bo nie rozumiem, co się zmieniło, a ponieważ nie znam i nie ogarniam przyczyny, nie wiem, czy jeśli coś pójdzie nie tak, będę potrafiła to wskrzesić.
.
Może dlatego z niedowierzaniem otwieram co rano oczy i sprawdzam, czy to nie był sen. Bo mimo, że nie mam czarodziejskiej różdżki, która kasuje codzienne problemy, chce mi się żyć.

piątek, 16 września 2011

G e n e r a l n y r e m o n t g ł o w y.

'Je te donne la plume pour que tu dessines
la plus belle ville que t'aies connue
le plus bel hymne que t'aies voulu
je te donne la plume
moi j'en veux plus
je te donne la plume pour savoir vivre
parler, écrire et danser
pour rester ivre, bien éveillé
je te donne la plume et mes conneries,
garde-les
je te donne la plume pour que t'inscrives
perpétuellement la vie à construire
ce mouvement si dur
je te donne la plume
moi j'en veux plus
voilà une heure
que je t'attends
voilà mon coeur prudence en sortant
compter les heures
depuis longtemps
est revenu mon coeur
déposé en sortant'
('La plume', Louise Attaque)

Boję się planów, plany posiadają magiczną właściwość pokazywania mi fakera za każdym razem, kiedy nieśmiało uwierzę, że zaczynam wychodzić na prostą.

poniedziałek, 12 września 2011

Z pamiętnika przykładnej żony.

Zawsze bawiły mnie opinie, że dopiero po ślubie nadchodzą najpiękniejsze dni, że wtedy pojawia się prawdziwe szczęście i pełnia miłości, że ślub zmienia wszystko, pyk, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, sielanka rodem z klasyki Disneya.

Tymczasem wychodzi na to, że przeczucia mnie nie myliły - ciuchy do prania nadal trzeba zbierać za facetem z losowo wybranych zakątków mieszkania, brudne gary jak nie zmywały się nigdy same tak dalej nie chcą, a niekończąca się opowieść pod tytułem 'kto dzisiaj wychodzi z psem' ogłasza kontynuację na kolejne sezony.