sobota, 23 lipca 2011

Nie macać nektarynek.

Przyjdzie taka menda społeczna, przerzuci dwadzieścia sztuk, a kupi dwie. A za godzinę można te rozdziabane owoce wsadzić sobie w dupę, bo wszystko zaczyna się psuć.

Pobytowi na wsi jak zwykle towarzyszy światła maksyma mojej siostry -
-- gdyby połowie ludzi na świecie zrobić lobotomię, życie było by piękniejsze.

Szlachta pierdolona.
.
.
.
nie, to 'coś' na twarzy nie przeszkadza mi w jedzeniu. to kolejne w języku również nie przeszkadza mi ani w jedzeniu, ani całowaniu ani w robieniu laski mi nie przeszkadza i przysięgam, że jeśli jeszcze ktoś o to dziś z kretyńskim uśmiechem zapyta, to przypierdolę mu w ryj.

/nie lubię ludzi. bardzo.

sobota, 11 czerwca 2011

Zmienia się wszystko, nie zmienia się nic.

Chwilami odnoszę wrażenie, że czas stanął w miejscu - że ciągle mam naiwne szesnaście lat i zamiast naprawdę potrzebnych rzeczy pakuję do torby książki, które zamierzam przeczytać w wakacje. Znów będę tkwić w mojej bardzo małej wioseczce na końcu świata przerzucając ukradkiem setki stron, gdzieś pomiędzy ważeniem pomidorów, kręceniem przeklętych stroików, znienawidzonym staniem za sklepową ladą, wieszaniem na balkonie prania, pieleniem mahonii, dźwiganiem worków z ziemniakami, bla. Od czasu do czasu może uda mi się wymknąć na nocne piwo z kimś ze starych znajomych, psy obszczekają mnie przy furtce i będę mieć wyrzuty sumienia, że się włóczę, nawet jeśli moja młodsza siostra wróci później niż ja w stanie zdecydowanie bardziej wskazującym. I będę się wszystkim przejmować --
wybrykami Niny, nerwami babci, zdrowiem mamy i tym, że pewnie nie da rady wyciąć tych dni, kiedy ojciec pije i dorośli się kłócą.

Jak zwykle z uporem maniaka postaram się omijać cmentarz, w głupocie swojej wierząc, że rzeczy, których nie chcemy pamiętać nie wydarzyły się nigdy, a któregoś popołudnia znów usłyszę na skrzypiących schodach jego kroki i donośny głos obwieszczający, że za chwilę będzie. I wtedy teleportujemy się razem do czasów, kiedy mój pokój był moim pokojem, schowamy za donicą z fikusem i rozłożymy na bordowych deskach, i będziemy tak leżeć gapiąc się w sufit a on opowie mi o niebie i o gwiazdach i o tym, jak to jest być dorosłym i poukładanym i jak to jest, nie zwariować.
Bo ja nie umiem,
wciąż nie zdążyłam się tego nauczyć.

'Zdyszany szept zegarka, pęknięte lustro słowa
Sen; bezsenność rytmiczna, czternastosylabowa
Z cezurą na skurcz serca: śmierć, która sercu śpiewa.

Ale nie Tobie śpiewa.- Czyś wiedział, że gdy nawet
Zaśniesz nie zżują mi Cię mrówki minut, że zaklnę
Śmierć tak, że w rym wkręcona w klatce tercyny skona?'
(Wojaczek)

[tęsknię]


.

czwartek, 12 maja 2011

A teraz nazwijmy rzeczy po imieniu

- ZJEBAŁAM.
Zjebałam, klątwa trzeciego semestru mnie dopadła. Historia zatoczyła koło, wylądowałam w punkcie wyjścia. Błażej się wściekł. Nie wiem o co bardziej, o to, że zjebałam, czy że dowiaduje się dopiero teraz. I nieważne, jak ja się z tym czuję i co ja sama na swój temat myślę, i tak się wściekł. Miał prawo, zgoda. Niemniej wyładowanie na mnie złości to ostatnie, czego mi trzeba.
Nie oczekuję głaskania po główce i użalania się nad moją głupotą. Ten etap możemy pominąć. Osobiście czuję się pogodzona z losem. Przebrnęłam etap walenia głową w ścianę z bezsilnej rozpaczy, przeszłam już żałobne jęki i dramatyczne spazmy oraz okres utwierdzania się w przekonaniu, że jestem nikim i nic w życiu nie potrafię osiągnąć.
Dla miłej odmiany zaczęłam intensywnie myśleć i szukać jakiegoś względnie sensownego rozwiązania dla całego tego uroczego bigosu, w który, standardowo, władowałam się na własne życzenie. Może zaciągnę się na wakacje w szeregi kelnerek, dorobię trochę grosza korepetycjami, poza tym od lipca, przy pomyślnym układzie planet, wprowadzą się do nas dziewczyny, Anka i Justyna, dzięki czemu odpadnie część kosztów wynajmu mieszkania. Finansowo powinniśmy dać radę. I jest to, ogólnie, jakaś opcja. Całkiem nawet niegłupia, powiedziałabym. Plan małych kroków, tego muszę się trzymać. Na dobry początek załatwić sobie dziekankę, znaleźć pracę i wtedy przyznać się matce do kolejnej uczelnianej katastrofy. Przyznać się też do regularnych wizyt na kozetce, bo o tym również jakoś nie miałam okazji do tej pory jej wspomnieć. Może to złagodzi nieco falę uderzeniową, która - nie mam złudzeń - na pewno mnie nie ominie. Utrzymywała mnie przez ostatnie pięć lat, w czasie których planowo powinnam była właśnie kończyć studia, a że wyszło jak wyszło - trudno, życie to dziwka, moje poronione ambicje to dziwka, nadzieja - to największa dziwka z nich wszystkich.
Plan małych kroków i jak powtarza Natalia, nie należy wymagać od siebie więcej, niż jesteśmy w stanie w danej chwili zrobić. Dosyć wpędzania się w niekończące się wyrzuty sumienia. Koniec karkołomnego spełniania cudzych oczekiwań. Koniec pasożytowania na pieniądzach z domu i koniec nieustannego poczucia winy.

Jestem jaka jestem, robię co mogę, nie każdy w życiu ma farta, bo ja na przykład muszę się nieźle najebać, żeby osiągnąć połowę tego, co innym przychodzi po pstryknięciu palcem.
Tak jest i koniec.
I ja jakoś dam sobie z tym radę.

Niech tylko ktoś na chwilę mnie przytuli.

środa, 11 maja 2011

wtorek, 10 maja 2011

...

Wieczorami przesiaduję na balkonie, przeganiając ból głowy. Balkonowi daleko do zapachu i nastroju letniej łąki, ale po uruchomieniu wyobraźni, na upartego, daje radę. W tym roku posadziłam w glinianych doniczkach białą lawendę, cytryniec chiński i pomarańczową różę. Czekam, aż zakwitną. W międzyczasie doglądam ich czule, podlewam i mantruję, by przetrwały kaprysy pogody.

Opowiadam o głupotach, żeby uciec od problemu.
Problem, jak to problemy mają w zwyczaju, ignorowany - narasta. W ten prosty sposób powstaje tak zwane błędne koło, z którego nie potrafię się uwolnić. Proszę się ogarnąć, bo jeszcze tak pani na przyszłość zostanie; ostrzega moja psycholog. Z pani możliwościami, zdolnościami, stać panią przecież na więcej; dodaje.
Kiwam głową, co chyba ma oznaczać niemą zgodę, akceptację, niewerbalne przyzwolenie, by kontynuowała wątek.
Pora zacząć więcej od siebie wymagać, mniej usprawiedliwiać lęki i obawy, bardziej się starać, rozumie pani.
Rozumiem. Ale nie pojmuję, to znaczy...
...czy można poprosić tabletki na niemoc?

środa, 4 maja 2011

Czasy są niepewne sytuacja jest napięta.

Nieposkładanie
-- tak najprościej można odmalować mój obecny-i-ciągnący-się stan.
Dobrze, że waga się popsuła, to chociaż mam wymówkę by na nią nie wchodzić i udawać, że nie zauważam tych lekko licząc dziesięciu kilogramów na plusie, od lutego. To jakaś masakra, czuję się, jakby było mnie dwa razy tyle. To mnie przeraża i obrzydza, zaczęłam traktować każde napotkane lustro jak śmiertelnego wroga. Przywdziewam luźne szaty, wybieram dwa rozmiary większe niż zwykle spodnie i udaję, że jeszcze nie jest tak źle, chociaż wyglądam prawie jak na półmetku ciąży, w której nie jestem.

Jeszcze trochę i przestanę się rozbierać przy własnym facecie. Zacznę sypiać w obszernych flanelowych piżamach i wkrótce będę tak seksowna, że zacznę rzygać na samą myśl o swoim ciele.
.
Tymczasem w mojej głowie, po okresie burzliwych wojen nastał czas popiołów i zgliszczy.
Galop nieogarniętych myśli. Chaos zapanował, rozpanoszył się, pochłonął mnie bez reszty. Nie wiem, czy jest jeszcze jakiś ratunek.
W skali od zera do dziesięciu swoje szanse oceniam na minus dwieście.
Nie skupiam się.
Wegetuję.
Każda wymówka jest dobra, by to co miałam zrobić miesiąc temu zacząć pojutrze. Świadomość nieuchronnych konsekwencji nie jest żadną mobilizacją, wzmaga tylko wewnętrzny paraliż i niechęć do jakiejkolwiek aktywności. Czemu miałabym się znów starać, przecież skończy się jak zwykle.
Przegrywam swoje życie i nawet nie chce mi się nic zrobić, by chociaż przed samą sobą udawać, że starałam się temu zapobiec.
.
Po raz kolejny przeczytałam jedną z najulubieńszych książek mojego dzieciństwa. Pamiętam tamte dalekosiężne plany i marzenia i jedyne na co mnie dziś stać, to wzruszenie ramion.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

...

Nie jest tak, że mam jakieś samobójcze zapędy.
Autodestrukcyjne skłonności owszem, poniekąd namiętnie, acz niejako przy okazji, mimo woli, bo tak się jakoś składa.

Tylko bywają takie czasy, kiedy zwyczajnie mam ochotę zniknąć, w sensie, by to wszystko dookoła przestało mnie dotyczyć. I żebym już mogła się nie przejmować.