piątek, 30 marca 2007

Potrzeba bycia w ciszy.

Co z tego, że się przy was uśmiecham, całkiem zgrabnie maskuję drżenie.
Mam wprawę w udawaniu kogoś, kim nie jestem.
.
Ulotny dźwięk głosu, zapach i dotyk.
Miliardy kawałeczków rozrzucone w tysiącach miejsc.
Nie posklejasz mnie najczulszym gestem.
.
Tamta mała płakała w drugiej części wagonu, zerkałam na nią i chciałam zapytać, co się stało, wyjąć chusteczkę, żeby nie musiała wycierać rękawem kapiących łez. Wysiadła nagle, zanim zdążyłam podejść.
.
Kłębek nic nie znaczących dla ciebie nieszczęść, prywatne dno schowane pod kołdrą, papieros za papierosem.
To tylko ja.
.
.
.
Czuję się cieniem.

czwartek, 29 marca 2007

Zostaw mnie, odejdź.

Nie dotykaj. Sięniezbliżaj. Nie próbuj poznać ani zrozumieć.
Nie pojmiesz, nie obejmiesz.

Tylko przyjdą bezsensowne pretensje, rozczarowania, rozpadającymi się ‘przyjaźniami’, nieudanymi ‘związkami’. Może mam dosyć. Albo pokochałam samotność i teraz przeszkadza mi nawet czyjaś obecność w mieszkaniu kiedy śpię.

Chcesz, to pobaw się w domorosłego psychologa, powiedz, czego się boję.
.
‘Moje prawo to jest pańskie lewo.
Pan widzi: krzesło, ławkę, stół,
a ja - rozdarte drzewo.’
( ‘Na zakręcie’ A. Osiecka )

.
Muzycznie kołysze Sigur Rós.
Odpływam.

Bardzo daleko.

środa, 28 marca 2007

Ona.

Widziałeś ją na pewno.
Stała na przystanku z papierosem w palcach, z pomalowanych bezbarwną pomadką ust wyfrunęła strużka dymu. Rudawe włosy, chyba do ramion, spięte z tyłu w niewielki kok. Ubrana zwyczajnie, dżinsy, glany, bluzka z nadrukiem jakiegoś rockowego zespołu, lekka kurtka. Kabel ze słuchawkami biegł z czeluści brązowej torby przewieszonej przez ramię. Kilka piegów na nosie wygrzewało się w wiosennym słońcu. Może nawet ominęła cię spojrzeniem, zupełnie nieobecnym, patrzącym inaczej. W szaronijakich oczach odbity niewielki fragment nieba, kawałek ruchliwej ulicy.
.
Wsiadła w tramwaj i odjechała, stopiona z tłumem ludzi.
.
.
Druga ławka przy oknie, sala 208. Osiemnasty wiek, awantura francusko-hiszpańska, w Polsce mieliśmy wtedy wojnę północną. Srebrny długopis ślizgał się po kartkach zeszytu z kolorową mozaiką na okładce. Klasyfikacja komunikacji według Romana Jakobsona, półtorej godziny później podkreślona na pomarańczowo. Jeszcze prezentacja o języku suahili, ninakupenda znaczy tyle co je t’aime.
.
Przerwa spędzona w Verte, jakoś beznamiętnie, cicho. Głosy innych poza nią. Ulubiony zestaw, kawa z lodami i czekoladą, dziękuję, do widzenia, do następnego razu, jutro.
.
Tekst, jak przetłumaczyć ‘En habit de soirée, accoudé à la cheminée et maniant un revolver dans un geste de théâtre, j’interrogeais par désœuvrement l’eau verte et dormant de ces glaces très anciennes; une rafale plus forte parfois l’embuait d’une sueur fine comme celle des carafes, mais j’émergeais de nouveau, spectral et fixe, comme un marié sur la plaque du photographe qui se dégage des remous des plantes vertes’, jak rozumieć, jeśli mamy métaphores, gdy nic nie jest przekazane dosłownie?
.
.
.
Wróciła i zmęczona usiadła na krawędzi łóżka, pies oparł głowę na jej kolanach. Marzyła już tylko o jednym, żeby przyszła, przyjaciółka – noc…
‘…soudain elle était là, assise toute droite dans ses longues étoffes blanches.’
.
Widziałeś ją na pewno.
Byłam tam.

poniedziałek, 26 marca 2007

PaniKa, idiotka.

Cierpię na syndrom braku jednego dnia. Weekendy za krótkie, tak jak noce. Problemy ze wstaniem z łóżka i wyjściem na uczelnię od samego początku. Zwyczaj wyniesiony z liceum. Żadna nowość.
Jestem na siebie zła, dobrze wiem, jakie są skutki i konsekwencje. Potem żałuję i nic z tego nie wynika, że trzeba było. Martwienie się na zapas to moja specjalność, ale dziwnym trafem w kwestii własnej edukacji wykazuję daleko posunięty debilizm.

Tak tak, na pewno, jeśli dziś zostanę w domu, nadrobię zaległości i się wszystkiego pięknie nauczę, potem pójdę na konsultacje, elegancko zaliczę.
Pytanie, kogo chcę oszukać.
.
.
.
‘Codzienne torowanie sobie drogi w kleistej masie,
która siebie nazywa światem’
( J. Cortazar )


Nie wychodzi mi ostatnio.

sobota, 24 marca 2007

Bez słów rozmowy.

Odbijałam się w czarnej płycie nagrobka. Wiatr parzył mi palce, chwiejąc płomieniem zapałek. Czerwoną różę wstawiłam do wazonu obok kolorowych tulipanów.
Pies siedział spokojnie obok ławeczki. Zsunęłam kapelusz, żeby zasłaniał szklane, mokre oczy.

- To ten twój nietoperz, z którym byłaś u mnie ostatnio? Urosła i wyładniała, jeśli w ogóle można użyć tego słowa w kontekście jej wyglądu.

Setki myśli i jedna wielka pustka. Chciałam opowiedzieć mu tyle, a wyszło bez ładu i składu.

- Nie przejmuj się, mała. Przecież wiem. Nie przepraszaj.

Mała… zawsze byłam dla niego mała. I pewnie taka pozostanę, tak samo jak on dla mnie do końca świata będzie miał 26 lat.
.
.
Na chwilę podeszłam do półki. ‘Nieznośna lekkość bytu’. Moja. Stara, zniszczona, czytana dziesiątki razy. Szukana bezskutecznie od dłuższego czasu.

Wertowałam kartki.
‘…bo umarli są niewinni jak dzieci.’ - zaznaczyła kiedyś k. w Małym Słowniku Niezrozumianych Słów pod hasłem ‘Cmentarz’.

piątek, 23 marca 2007

Dorosłość jak początek umierania.

Przyglądam się splątanym kablom komputera stojącego na stoliku pod oknem. Stolik zagracony stertą płyt z bajkami. Nie moje to.

Pokój coraz wyraźniej użytkowany przez innych. Brata, siostry. Ja, przelotnie. Funkcja hotelowo-sypialniana ścian białych, podłogi drewnianej bordowej, jasnego sufitu z boazerii. Gości mnie granatowa pościel w słońca, księżyce i gwiazdki.
.
Chciałabym spakować najbliższe książki, zabrać fikusa, muszelki z okna, mapę-puzzle, plakat Wojaczka. Sentymentalne bzdety.
Formalnie powiedzieć, podzielcie się resztą. To dla was. Weźcie. Przynieście inne. Zmieńcie.

Ale nie zrobię tego, bo nadal nie posiadam własnego mieszkania. W mieście ciągle nie mam prawa wbić gwoździa w ścianę, by móc powiesić ulubione zdjęcie Paryża w antyramie.
Nadal na ‘swoim’ nie-swoim.
.
Za każdym razem, gdy będąc w Ż. stoję w progu niby-mojego pokoju, bardziej w nim obco. I wyraźnie czuję, że to już czas. Ofiara przedwcześnie odciętej pępowiny dorasta i powinna mieć osobistą przystań.

Chciałabym.
.
.
.
Przechodzę kryzys, emocjonalno-psychiczny, dwudzieste urodziny zbliżają się, nic tak naprawdę nie zmienią, bo przecież za dwa tygodnie po przekroczeniu magicznej daty nie stanę się mądrzejsza-dojrzalsza niż dziś jestem, a ja nagle zapragnęłam zupełnie własnego kąta, zamarzyłam całkowitą wyprowadzkę z rodzinnego domu, choć jednocześnie przeraża, że to się już dzieje, że dla mnie zaczyna brakować tu miejsca, że…

… się boję.

czwartek, 22 marca 2007

Uśmiech, k., uśmiech, machamy kurwa łapką.

Podsumować można jednym słowem:

b o s k o.

Jeśli ośmielę się cokolwiek zaplanować, chociażby w zarysie, to oczywiste, że wyjdzie z tego jedna wielka dupa.
.
Pod górkę i wiatr w oczy.
Taki standard.