czwartek, 14 września 2006

Nocne z Arturem rozmowy.

- ‘Ty naprawdę myślisz, że kot skatowany bejsbolem przez kogoś, kogo kochał, będzie jeszcze potrafił zaufać…?’

Wyjedziesz do Warszawy, wielki-wspaniały-świat, poznasz mnóstwo ludzi, nie próbuj mi wmówić, że nigdy nie zapomnisz, nie próbuj, że zawsze w-tych-naszych-marzeniach będę ja, nie będę.
Nie wierzę.
.
.
.
Przez chwilę czułam bliskość, a pod powiekami miałam w półmroku ciebie z telefonem, pokój, łóżko, 302 i 104.
Jak wtedy, jak tamtej każdej nocy, każdego popołudnia, kiedy zasypiałam z twarzą wtuloną w twoje ramiona,  w czarną koszulkę, bordowy sweter, piżamę, słowa. Kiedy słuchaliśmy spokojnych oddechów, w tle brzmiały cicho moje ulubione piosenki, za oknem przy Drewnowskiej skrzypiało 78, drzewa były szare, zielone i czasami trochę niebieskie, nie umieliśmy palić papierosów mimo perfekcyjnie opanowanej sztuki trzymania się za ręce. Powietrze pachniało…

Nie pamiętam już, czym pachniało powietrze.
Nie liczę też żadnych łez, minionych, przyszłych ani teraźniejszych.

Żyję pragnieniem, utkaną w wyobraźni iluzją, bo przecież nie zapomniałam jeszcze jak to jest – kochać.
/cię.

wtorek, 12 września 2006

‘Życie jest cieniem ruchomym jedynie,

nędznym aktorem, który przez godzinę
pyszni i miota się po scenie, aby
umilknąć później na zawsze; jest bajką,
opowiedzianą przez głupca, pełnego
furii i wrzasków, które nic nie znaczą.’
( ‘Makbet’ W. Szekspir )


Jednak zostałam w domu.
Wystarczył mi widok strażackiego hełmu na wieku trumny, setki białych kwiatów i ludzi z szalikami klubu piłkarskiego, w którym się aktywnie udzielał.
Zawsze w takich chwilach zastanawiam się, czy to naprawdę musiało się stać. I wiem – nie musiało.
Może potrzeba było kilku słów w odpowiedniej chwili.
Ale zabrakło ich.

Te białe róże i lilie są smutkiem i żalem.
Mają w sobie szczyptę rozczarowania. Zapowiedź tęsknoty.
- Tak samo jak ta, którą zaniosłam dziś Kamilowi.
.
‘Dziecię dopalające papierosa,
i srebrne nitki, wygasły ogień oczu.
Pośpiesznym zdążyć na pogrzeb
ptaka co skrzydła utracił
nim latać się nauczył...
Starym się urodzić,
nie popełniać błędów.
Nie zacząć żyć...’
( ‘Niedopałek egzystencji’ Iliriana )


A ja chcę być silna.

poniedziałek, 11 września 2006

Chwila dla samobójców.

Co jakiś czas niewielkim pseudomiasteczkiem wstrząsa niespodziewana wieść o śmierci.
Niespodziewana, bo kto przypuszczałby, że zdrowy młody człowiek o ustabilizowanym życiu zatańczy na sznurze swój danse macabre, zostawiając wszystkich.
.
Kolejna lina zaciska się na kolejnej szyi, zostawiając bolesną pręgę. Sine paznokcie zapamiętane w spokojnym splocie dłoni, z różańcem i książeczką do nabożeństwa.
A przynajmniej tak właśnie wryły się w moją podświadomość te palce Kamila, sprzed 4 lat.
.
.
.
Niemal dokładnie rok temu byłam nieco bliżej tego właściwie nieznanego mi człowieka, kiedy staliśmy obok siebie na targu w pobliskiej miejscowości. Pamiętam, jak uśmiechał się opowiadając o swoich dzieciach, o uczącej się mówić maleńkiej córeczce.
Przez pół dnia sprzedawaliśmy wtedy znicze i wiązanki przy sąsiednich stoiskach. Kiedy zmarzłam, przyniósł mi od taty gorącą herbatę z termosu. Rozmawialiśmy nawet przez chwilę o Kamilu, o bezsensowności takiej śmierci. O desperacji i bezradności, które muszą jej towarzyszyć.
Jeszcze jakiś czas temu widziałam go spokojnego, w drodze do kościoła, szedł obok prowadzącej wózek żony, trzymał za rękę synka.
Ten synek znalazł go rano martwego, w ich własnym domu. Powiesił się w nocy, w łazience.
Jutro pogrzeb.
Pójdę później na grób Kamila, zapalę świeczkę symbolizującą moją pamięć o kolejnej mijającej bez niego rocznicy.
Gdzieś tam po cichu będę wyć, znieczulać rozpacz strzępami wspomnień.
…
Kamil, nie wiesz jak bardzo chciałabym poczuć znów zapach twojej obecności.

piątek, 1 września 2006

Wcale się nie nudzę. Ponudzić bym się chciała.

Wklepuję w dłonie tony kremu, szorstka skóra podrapana drutami od stroików piecze, niewielka szrama na czole od dziabnięcia nożyczkami zupełnie niechcący - boli, wieczorami zamieniam się w charczącego gruźlika, a najbardziej martwię się o Ryjastego. 
Mały głupolek Ryjasty sam wyjął sobie część szwów po kastracji, czego efektem jest rozłażąca się rana. Smaruję go maścią, przemywam. Weterynarz dopiero w niedzielę rano, bo jutro szaleństwo w pracy i w Łodzi będziemy bardzo późno.
Umówiłam wizytę w lecznicy i nocleg u Amandy, Amanda nakazała przywieźć najmniej dwie butelki wina, a resztę z bulwiastych baniaków stojących w dużym pokoju poleje Maciek.
Później jedziemy z Dominikiem nad morze spełniać ciągnące się od lutego marzenia o Gdańsku. I tam bardzo bym chciała spotkać się wreszcie z Tomaszem, bo wypadałoby wiedzieć, czy wyśnił mi się kiedyś rzeczywiście, czy tylko na niby.
.
Na jutro przewiduję jeszcze bonusowy kataklizm zwany pakowaniem.
O wymykaniu się z domu cichaczem, żeby nie wywołać ryku Ewy, przezornie nie wspomnę.

czwartek, 31 sierpnia 2006

Co się dzieje, ja nie wiem.

Kaszlę. Piję lipową herbatkę. 
Nie odbieram telefonów i nie odpisuję na smsy, jestem nieosiągalna na gg, nie wychodzę z domu.
Mam dziś chłodny, niedawno przemeblowany pokój. Mam porządek na półkach, poukładane książki i płyty. Świeczki palą się waniliowo. Nie dojadłam maminego jabłecznika.
Kaszlę.

Leżymy obok siebie zatopieni we własnych myślach.
Nie trzymamy się za ręce.
.
Czasami płaczę w nocy.

‘nie umiem powiedzieć słowem
nie słowem tęsknię
ale rękoma
zamykającymi przestrzeń
ale krwią
opływającą ręce

jesteś w moim tętnie
odkrzykującym sobie
powracającym do siebie
wiecznie pamiętającym

we mnie powstajesz
najgłębiej
i każdy oddech
który na mrozie krzepnie
przypomina że jesteś
że znów odszedłeś ode mnie’
(H. Poświatowska )


Bardzo zimny koniec sierpnia.
Artur, proszę, nie dzwoń już więcej.
.
.
.
Dominik otula kołdrą.

piątek, 25 sierpnia 2006

Migawki.

Ona pachnie wieczorną kawą z mlekiem, dmucha w malinową pianę na krawędzi wanny.
On stoi przed lustrem z uśmiechniętymi oczami.

W pokoju ciche tykanie zegara, ciepłe palce głaszczące jej włosy.
Skórę elektryzuje przelotny dotyk.
Miękkie wargi szepczą niesłyszalne słowa.
Noga szczelnie oplatająca jego biodro.
Dłoń szukająca gładkiego policzka.
Twarz wtulona w bezpieczne ramię.

/Niech teraz czas sobie mija.

niedziela, 20 sierpnia 2006

Gin z tonikiem, whisky z colą, campari z sokiem.

Wesele w Poznaniu, park nocą i oddech Dominika gdzieś nad zsuniętym ramiączkiem bordowej sukienki.
Smsy z Olgą, Madź i Natalią wymieniane z dymem czerwonych L&Mów. Czarne cienie na powiekach, czarna kredka. Alkohol, dużo alkoholu. Dużo głupich myśli i kłujących serce wiadomości.
.
Niebezpiecznie przyzwyczaiłam się do dwóch szczoteczek do zębów w jednym kubku i mojego ulubionego żelu pod prysznic na półeczce nad wanną w jego domu.
.
k., gdzie ty znów pobiegłaś, głupia?
.
Idziemy spać, śnić.
Dominik podśpiewuje Happysad, ja rozczesuję włosy uśmiecham się mrużąc oczy myślę, zgubiłam wszystkie gwiazdy.
Kiedy trzeba będzie się obudzić?


'noc
trochę więcej czasu
trochę więcej odwagi
trochę trochę mniej mniej słońca
trochę więcej powagi...'
( 'Noc jak każda inna' Happysad )


Jesteśmy tak cholernie niepoważni pozwalając sobie na to wszystko.