Tylko patrz.
I czytaj.
Będziesz wiedział wszystko.
.
.
.
Damian, Damian, Damian.
Zezłościł mnie rano, dzwoniąc, żebyśmy spotkali się dziś, nie jutro, bo jutro
nie będzie jak. Zezłościł, bo musiałam zmienić plany, szykować się w dzikim
pędzie i biec na przystanek bez perfum, o których zapomniałam, a autobus i tak
się spóźnił.
Czekał w parku przy Fabrycznym, z bukietem czerwonych róż. W
niebiesko-granatowej koszuli, obłędnie pachnący Pumą. I to spojrzenie spod
idealnych brwi, i ten uśmiech.
Dreszcz przebiegł przez całe ciało. I już wcale nie byłam zła.
/ach, więc to tak wygląda randka! - mimo braku lekkiej dziewczęcej sukienki.
Odebrałam wyniki DELFa, pojechaliśmy ze szczurami do lecznicy, w której mają
urlop, a później dziko głodni wybraliśmy się na pizzę.
Zdjęłam pod stolikiem sandały, stopa powędrowała sobie gdzieś-tam.
/jesteśmy oboje tacy grzeczni! – a co widziała i słyszała męska toaleta
wiemy tylko my i jej ładne beżowe kafelki.
Siedzieliśmy w parku na Pietrynie, przed Siódemkami, w tym samym miejscu pod
drzewem, na murku, tam gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę przed Nocą Muzeów na
którą miałam pójść wtedy z Amandą i Marcinem, a zamiast tego pojechaliśmy do
akademika robić sałatkę z kurczaka i winogron, a później oglądaliśmy film,
kochaliśmy się pierwszy i drugi raz, kiedy nastąpiła miedzy nami
niekontrolowana i zupełnie szalona chemiczna eksplozja, pamiętam doskonale, jak
chciałam żeby nie przestawał mocno tulić.
Więc siedzieliśmy tak, w tym samym, gdzie w maju po moim ustnym francuskim
paliliśmy papierosy i jedliśmy lody truskawkowe, a ja już na przystanku 78
dostałam od niego konwalie.
Teraz – przylepieni, mój nos-twój nos, oko-usta, powieka-język,
język-ucho-szyja.
.
Słowa to za mało by opisać chociażby chwilę, w której chciałeś wziąć sobie
trochę moich piegów.