środa, 22 września 2004

Odchodzę.

Powiedział, że mam taki spokojny głos. Jakby to było nic. A jemu bardzo zależy. Czy już nie kocham? Nie, to nie tak. Ale nikt nie zobaczy jak płaczę. 

piątek, 10 września 2004

Zmieniaj buty, nowy parkiet, farba, WŁÓŻ MUNDUREK.

Powiedzmy, że wpadać zaczynam w rytm szkolny. Powoli. Smaruję przerdzewiałe śrubki, oliwię skrzypiące szufladki. Wysilam szare komórki. A przynajmniej udaję.
Znowu będę chciała pokazać całemu światu, jak to świetnie potrafię. I najwyżej przypadkiem zrobię sobie krzywdę, całkiem przy okazji i niechcący.
Nie tak być miało.
Wystarczającym błędem jest to konkretne miejsce, gdzie klasa humanistyczna okazuje się ogólną ze wskazaniem na biol-chem, z rozszerzonym li jedynie francuskim i teoretycznie geografią ( której godzin tygodniowo aż dwie ), podczas lekcji historii pan profesor opowiada o jedzeniu robaków na Dominikanie, a do matury z języka polskiego przygotowywani jesteśmy na poziomie podstawowym, i czego my w ogóle chcemy. Śmiać się czy płakać, naprawdę nie wiem.
*
Chciałam jeszcze powiedzieć, że może spotkajmy się w Łodzi.
Fajna nie jestem.
Ładna wcale ani mądra.
Nie musisz mnie lubić.
Nie musisz mnie kochać.
Nie szukam zachwytów.
O pochwały nie proszę.
Krytykę przyjmuję zawsze. 

wtorek, 31 sierpnia 2004

Wyjazd.

Pakować się nie potrafię.
Na nic kartka z przygotowanym spisem rzeczy absolutniedoniezapomnienia.
Sytuacja wygląda mniej więcej tak:
deszcz,
godzina 8.50,
pokój jak pobojowisko,
na śniadanie butelka coca-coli,
mokre ciuchy na balkonie, w tym spódnica galowa i ulubione dżinsy,
komp na pełnych obrotach,
dwie torby,
pudło,
plecak,
mundur i bluzka biała wiszą przy półce z książkami,
w głośnikach w chwili obecnej ‘Electrified’,
na głowie gustowny ciemny brąz ( jako dowód szacunku i miłości do drogiego rodziciela, któremu czerwona rudość wybitnie działała na nerwy, a zaczęło się od glanów i ‘co ludzie powiedzą?!’ a doprawione było aroganckim ‘nie obchodzi mnie to wcale’... ),
Katarzyna K. w stroju sennym ( czyt. koszulka i majtki ) zamiast wrzucać do pudła kolejne rzeczy pisze te oto słowa
i na mamine pytanie dobiegające z parteru bardzo przyjemnie ryczy ‘NIE, JESZCZE NIE SKOŃCZYŁAM!!!!!!’
Tak w ogóle co z tego, że o 10.00 przybywa Joanna i kilka minut później wyjeżdżamy?
’I wish you were here’.
A najlepiej zabierz mnie stąd.
Jedźmy już!
Od jutra przystanek I LO. I razem, razem.
Tylko jak to wszystko się skończy...? 

piątek, 27 sierpnia 2004

A, a, a, kotki dwa...

Ewa długo nie chciała zasnąć i na wszystkie sposoby próbowała uciec z wózka. Zła byłam, bo czas leciał, a na mnie czekał ciąg dalszy wielkich porządków, z którymi chciałam się uporać przed powrotem rodziców. Jakoś się na to nie zanosiło. Mała zaczęła płakać. Bardzo intensywnie.
Zrezygnowana, wzięłam ją na ręce i zaczęłam myśleć o cudach, które mogłyby uratować sytuację. Długo się nie zastanawiałam... Mrucząc banalną kołysankę, poczułam, jak Ewa wtula buzię w zgięcie mojego łokcia. Już spała.

Panele w kuchni myłam szeptem.  

czwartek, 26 sierpnia 2004

Ser biały czy będzie?

W tym domu całkiem nie niezwykłą rzeczą jest telefon dzwoniący o 23.30.

Odbieram mocno zdenerwowana.

ja: Słucham?
nieznajoma: Czy można rozmawiać z panią Elą?
ja: Nie, nie można, od dawna śpi. To jakaś ważna sprawa?
nieznajoma: Tak, wie pani może, czy jutro będzie biały ser?
ja: No, nie wiem.
nieznajoma: Ale będzie?
ja: Nie wiem! Bardzo mi przykro, ale specjalista do spraw zaopatrzenia także śpi...
nieznajoma: A czy mogę zadzwonić rano?
ja: Ależ proszę, byle nie przed 6...
nieznajoma: Aha, dziękuję. Dobranoc.
ja: ...bra... noc...
...
Uroczo. Nie mogłam zasnąć do 4. 

Waakaacje, to wakacje!

Bardzo jestem zmęczona. Codzienne wstawanie w okolicach piątej w połączeniu z faktem, że rzadko zasypiam przed północą. I ciągle opiekowanie się małą, albo przesiadywanie w sklepie. Czy też jedno i drugie. Do tego bonusowe zadania specjalne.
.
Najbardziej drażni mnie fakt, że w poniedziałek trzeba się zrywać z łóżka, ponieważ jest poniedziałek, początek tygodnia i targ w wiosce, we wtorek też trzeba, bo jest wtorek, w środę środek tygodnia, a w czwartek mamy czwartek, w piątek – bo piątek i weekend już się zaczął, sobota - wiadomo, a w niedzielę ‘idą ludzie z kościoła’, więc do 14.00 sklep czynny dla wszystkich zapominalskich, którzy nie kupili rosołowego makaronu czy też zabrakło im cukru.
I kolejne dzień dobry, znowu się zaczyna!
Błędne koło.
.
Ewa przypadkiem rozbudziła chyba mój instynkt macierzyński.
Właściwie specjalnie się przed tym ostatnio nie broniłam.
Wiele osób bierze mnie za jej matkę. Znajomi i nieznajomi coraz częściej zauważają, że jest do mnie bardzo podobna. Chociaż ma zupełnie inny typ urody, to jednak ‘jakby twoja była’.
No. Bo jest. Moja.
I niech ktoś spróbuje powiedzieć inaczej.

Kiedy przypominam sobie, co myślałam o jej przyjściu na świat...
Teraz oddałabym dla niej wszystko.
.
Mam miedź we włosach. Czytaj – jestem ogniście czerwona i nieco ruda. Farba, którą upaćkałam wannę skojarzyła mi się z krwią, którą tracę dziś nadzwyczaj obficie. Nie dość, że jak co miesiąc, to jeszcze z samego rana pięknie wbiłam sobie drut w opuszek palca.

Tak, to doprawdy bardzo w moim stylu.  

poniedziałek, 23 sierpnia 2004

Potrafisz mówić językiem tubylców?

Stęskniłam się za Joasią. Dopiero wczoraj, kiedy się spotkałyśmy, zauważyłam jak mi jej brakowało. 
Zobaczyła wreszcie mój pokój. Zabawiałyśmy Ewę. Przespacerowałyśmy się na cmentarz. Siedziałyśmy na ławeczce w ż-skim parku, plotkując ile wlezie o naszych miłościach i całej reszcie. I że już do Łodzi. I mocne postanowienia na nowy rok szkolny. Bo nie ma to jak IV + I LO. Poza tym bursa rządzi, nie chcemy nowej tapety! A najbardziej chyba zastanawiamy się, jaka będzie Czwarta. Już niedługo. Za tydzień o tej porze zaczniemy się pakować.
Wylot z rodzinnego gniazdka na kolejne 10 miesięcy. Z przerwami na promocje i reklamy.
Autobusy i tramwaje. Takie złe i zmęczone łódzkie twarze.
Make love not war.
Nieważne, Widzew czy ŁKS.
.
LiD (18:31)
oj ty to jesteś dziwna wiesz
Ja (18:31)
serio? :)))))))))))))))))))
LiD (18:31)
jak coś ci ktoś mówi w dobrej wierze to wtedy
LiD (18:31)
odwracasz to
LiD (18:31)
i to jest wnerwiające!!


‘- Co znaczy być szalonym?
- Właśnie. Tym razem odpowiem ci wprost: szaleństwo to niemożność przekazania swoich myśli. Trochę tak, jakbyś znalazła się w obcym kraju - widzisz wszystko, pojmujesz, co się wokół ciebie dzieje, ale nie potrafisz się porozumieć i uzyskać znikąd pomocy, bo nie mówisz językiem tubylców.
- Każdy z nas czuł to kiedyś.
- Bo wszyscy, w taki czy w inny sposób, jesteśmy szaleni.’
( ‘Weronika postanawia umrzeć’ Paulo Coelho )

.
Nie pytam, czy umiesz. Ale czy potrafisz?
.
Chyba pójdę dziś wcześnie spać.